środa, 4 lipca 2012

Moje literackie odkrycie roku!

Chimamanda Ngozi Adichie
Wiem, rok 2012 trwa w najlepsze. Ale ja nie mogę już wytrzymać i ogłaszam, że moim literackim odkryciem roku 2012 została Chimamanda Ngozi Adichie.
Chimamanda Ngozi Adichie urodziła się i wychowała w Nigerii. Studia ukończyła w Stanach Zjednoczonych. Dotychczas ukazały się dwie powieści jej autorstwa: Fioletowy hibiskus (w 2003 roku) - opowiadający historię piętnastoletniej Kambili oraz Połówka żółtego słońca (w 2006 roku) - opisująca losy sióstr Olanny i Kainene na tle wojny domowej w Nigerii. W księgarniach pojawił się również zbiór opowiadań To coś na twojej szyi. Miałam dotychczas okazję przeczytać dwie powieści Chimamandy, na pewno też w tym roku sięgnę po zbiór opowiadań i będę z niecierpliwością czekać na kolejne utwory.
Najbardziej urzekły mnie w twórczości Adichie złożone i autentyczne postacie głównych bohaterów. Kainene, Olanna, Ugwu, Odenigbo, Kambili to osobowości niezapomniane. Już w czasie czytania powieści ożyły w mojej głowie, i teraz funkcjonują jako byty niezależne. Wielowymiarowość postaci pokrywa się z dużą dozą mądrości i prawdy zawartą w tych książkach. Nie ma w nich bezwzględnego zła i oczywistego dobra. Wszystko jest trudne i nic nigdy nie jest proste. Duże wrażenie zrobił na mnie zwłaszcza opis miłości Kambili do ojca-tyrana oraz historia z pobytu Ugwu w armii biafrańskiej. Obie książki osadzone są głęboko w historii Nigerii i dzięki temu oprócz niewątpliwych zalet artystycznych, mają również dużą wartość poznawczą.Język jakim posługuje się Adichie jest zarazem prosty i bogaty, czysty i kolory. Miejsca w których rozgrywają się powieści, ich bohaterowie i nigeryjska przyroda opisane zostały niezwykle starannie i czytelnik bez najmniejszego wysiłku przenosi się do afrykańskich miast i wiosek.


Zakochałam się w świecie stworzonym przez Adichie i po trzykroć polecam jej książki każdemu spragnionemu dobrej, mądrej literatury. 

Linki:

sobota, 30 czerwca 2012

Krótka historia prawdziwego smutku

C.S. Lewis
Clive Staples'a Lewisa zdecydowana większość czytelników kojarzy z Opowieściami z Narni. Do niedawna ja też byłam przekonana, że czarodziej mojego dzieciństwa, człowiek, dzięki któremu z nadzieją badałam tylną ściankę każdej szafy, to wyłącznie ekspert od pięknych baśni. Z zaskoczeniem odkryłam, że jest inaczej, gdy w moje ręce trafiła niewielkich rozmiarów książka o wielkiej sile rażenia. 

Smutek jest historią przejmującego bólu autora, odczuwanego po śmierci jego ukochanej żony Joy. Świadomie używam słowa historia. Lewis bowiem twierdzi, iż jego ból ewoluuje, zmienia się. Porównuje go do spirali, po której krąży, przechodząc po kolei wszystkie etapy swojego cierpienia. Oddala się od Boga, walczy, ucieka w złość, idealizuje zmarłą, tęskni, czasem czuje ulgę.  

Książka jest niezwykle szczera, wręcz bije z niej ekshibicjonizm emocjonalny. Jednak pełnego odkrycia uczuć autor dokonał celowo. Najpierw tworzył, by zrozumieć siebie i zwalczyć cierpienie. Potem zdecydował się wydać te zapiski (pod pseudonimem, w 1961, czyli już po opublikowaniu wszystkich Opowieści z Narni), by pomóc innym w ich bólu. Podobno Smutek jest polecany osobom, które straciły bliską osobę, jako remedium na ból. Nie mogę na szczęście powiedzieć, czy książka faktycznie przynosi ulgę w cierpieniu. Moi najbliżsi cały czas ze mną są. Mi Smutek przypomniał o tym jak bardzo jestem teraz szczęśliwa, jednocześnie doradził, bym doceniała każdą chwilę spędzoną z moim ukochanym mężem. Bo Lewis mówi dobitnie i wyraźnie: śmierć jednego z małżonków jest tylko kolejnym, koniecznym i nieuniknionym etapem ich miłości.

sobota, 23 czerwca 2012

Kobieca strona podróży



Martyna Wojciechowska
Kobieta na krańcu świata 2 to zbiór reportaży z Afryki i Azji. Książka powstała w oparciu o cieszący się dużą popularnością program telewizyjny, którego ze względu na głęboko zakorzeniony wstręt do ruchomych obrazów nigdy nie oglądałam (przyznaję: jestem aspołecznym typem, który przy włączonym telewizorze wydaje z siebie serię bardzo wysokich pisków, przeplatanych warkotami, skierowaną w stronę nieszczęsnego domownika, który w spokoju chce obejrzeć ostatni odcinek swojego serialu). Nie przeprowadzę tu więc analizy porównawczej programu i książki, choć przyznaję, że lektura zachęciła mnie nawet do obejrzenia wersji telewizyjnej.

Konwencja Kobiety... jest prosta: lecimy samolotem w daleki świat, gdzie dopadamy jakąś bohaterkę i skrótowo opisujemy jej albo ciężkie albo dziwaczne życie, następnie dołączamy kilka informacji i ciekawostek o kraju w którym toczy się akcja, robimy zdjęcia. Tak pomieszane składniki nie dają czytelnikowi szans na dogłębne poznanie miejsc odwiedzanych przez ekipę programu. Martyna Wojciechowska wyraźnie wybrała kobiecą stronę podróży - nie skupia się na wielkiej polityce, czy globalnych problemach. 90% uwagi autorki koncentruje się na bohaterce danego rozdziału (co do zasady jest to kobieta, ale zdarzył się również hipopotam...). Poznajemy więc wybrane aspekty egzotycznego świata w sposób iście fragmentaryczny. Taki model opisywania rzeczywistości sam w sobie zły nie jest, zwłaszcza, że autorka robi to bardzo przystępnie i zajmująco. Niestety raził mnie w książce brak obiektywizmu - niektóre bohaterki Martyna lubi i ceni, inne niemalże otwarcie krytykuje.

Ogromny plus należy się za zdjęcia, wykonane przez Małgorzatę Łupinę. Właściwie to nie wiem, czy tekst aby na pewno był tutaj potrzebny, bo fotografie samodzielnie opowiadają historie, momentami przekazując więcej niż słowo pisane.

Choć książka ta nie stanowi literatury podróżniczej najwyższej klasy, to jednak jest godna polecenia, zwłaszcza osobom, które chcą się na parę godzin oderwać od rzeczywistości i wybrać na krótkie wakacje w wyobraźni - bez wielkich oczekiwań, wielkich myśli i wielkich emocji.

sobota, 9 czerwca 2012

Kościół w wersji instant

Szymon Hołownia
Szybko, lekko, przyjemnie, całkiem smacznie, poznawczo. Tak w skrócie można opisać Kościół dla średnio zaawansowanych, niezbyt opasłą książeczkę autorstwa dziennikarza Szymona Hołowni, szerszej publiczności znanego z wygłupów w telewizji TVN. 


Autor ze sporą dawką humoru, dużą ilością dystansu i olbrzymią sympatią opisuje Kościół Katolicki. Lecz nie w formie systemowej, wnikliwej analizy, a leksykonu dość przypadkowych pojęć. Dowiadujemy się więc, czym jest antyfona, o co chodzi w modlitwie stresem, jaką rolę pełni gosposia na plebani i karaoke podczas mszy. Dodatkowo możemy wybierać sobie hasła w dowolnej kolejności i zgodnie ze swoimi zainteresowaniami (choć ja przeczytałam książkę "od deski do deski"). Czytelnik zostaje wzbogacony w nową wiedzę, zasypany anegdotami i ciekawostkami. Wszystko to jest przyprawione lekkim, ironicznym stylem pisania.

Mimo że Hołownia ślizga się po tematach, nie przystając ani na moment i poza nielicznymi wyjątkami (na szczególne wyróżnienia zasługują hasła Watykańska ruletka oraz Obsesja seksualna) nie wdaje się w głębsze rozważania, jest on całkowicie usprawiedliwiony. Świadomie zdecydował się na formułę książki instant, "w proszku",  publicystycznego fastfooda. Książka jest tym czym miała być, niczego nie udaje. I za tę szczerość należy się Hołowni duży plus. 

Niestety, zabrakło mi trochę w tej pozycji odwagi. Hołownia na tematy kontrowersyjne pisze krótko, powtarzając frazesy, które można usłyszeć co niedzielę w kościele. Nie podejmuje dyskusji. No cóż... Taka właśnie jest forma książki - lekko, szybko, wesoło, dla każdego. Głębsze rozważania mogłyby tylko zepsuć konwencję.

Warto sięgnąć po Hołownię. Kościół dla średnio zaawansowanych jest bardzo dobrze, przystępnie napisaną książką, która pozwala bliżej poznać instytucję, która w naszym kraju ma nadal niezwykle silną pozycję. Wiedza ta przyda się każdemu: wierzącym praktykującym, wierzącym niepraktykującym, niewierzącym praktykującym i niewierzącym niepraktykującym:). 

czwartek, 8 marca 2012

Dzień Kobiet!

Magda Szabo
Pisałam o Dniu Kota, to mogę też wspomnieć o Dniu Kobiet:) Nie żebym jakoś szczególnie świętowała, ale skoro jest okazja...

Więc składam najlepsze życzenia wszystkim Kobietom (i Mężczyznom też - niech mają coś z życia): nieskończonej ilości ciekawych książek, i podróży w miejsca o których w czytacie, i radości, uśmiechu, i niech szybko zawita do was najmilsza z Kobiet - Pani Wiosna:)

Przy okazji chciałabym krótko, acz bardzo gorąco polecić w ten dzień pewną książkę, autorstwa mojej nowej ulubionej pisarki. Staroświecka historia Magdy Szabo (nad powinna być kreseczka, ale nie umiem przestawić klawiatury na zagraniczną...) to doskonale napisana powieść o Lenke Jablonczay - fascynującej kobiecie. Akcja rozgrywa się na przełomie XIX i XX, na Węgrzech. Książkę wyróżnia to, że opowiada dzieje prawdziwej rodziny, a główna bohaterka jest jednocześnie matką autorki. Staroświecka historia urzekła mnie całkowicie.

A tak na marginesie: Magdę Szabo poznałam dzięki przeglądaniu blogów książkowych, za co wszystkim piszącym o niej bardzo dziękuję!



poniedziałek, 5 marca 2012

W powojennym polskim buszu

Ryszard Kapuściński
Aż wstyd się przyznać, ale Busz po polsku to pierwsza przeczytana przez mnie książka Ryszarda Kapuścińskiego. Jest to wstyd tym większy, że jego reportaże stały na półkach w moim rodzinnym domu właściwie od zawsze, a ja jako mały dzieciak często zastanawiałam się, co ukrywają te kolorowe okładki o dziwnych tytułach. Nigdy jednak do nich nie zajrzałam. Oczywiście szybko dowiedziałam się, kim jest ich autor oraz o czym traktują, ale jakoś mnie do nich nie ciągnęło, zawsze miałam pilniejsze sprawy i ważniejsze lektury. Dopiero niedawno, uświadomiwszy sobie ogrom swojej ignorancji, podebrałam z biblioteczki rodziców kilka książek Kapuścińskiego. 


Na pierwszy ogień, właściwie bez powodu i zupełnie przypadkowo, poszedł Busz po polsku. Dopiero później niezawodna Wikipedia uzmysłowiła mi, że jest to pierwsza książka Kapuścińskiego. Została wydana w roku 1962. Dodatkowo, również zupełnie nieświadomie, przeczytałam Busz w rocznicę urodzin autora, czyli 4 marca! Absolutna i zupełnie przypadkowa symbolika:). 

Busz po polsku jest to zbiór 17 krótkich reportaży, które w latach 1958-61 ukazały się w tygodniku Polityka. Autor opisuje w nich Polskę i ludzi w niej mieszkających. Na wstępie poznajemy wspomnienia Kapuścińskiego z okresu II wojny światowej - głód, strach, ból. Mimo że minęły lata od kiedy się zakończyła, wojna nadal tkwi w autorze, i będzie się w nim zapewne toczyć aż do śmierci. W następnych reportażach obserwujemy już rzeczywistość powojenną, oglądaną z perspektywy przeciętnych obywateli, mieszkańców wsi i miast - i z tych opisów wyłania się społeczeństwo z jednej strony dotknięte wojną, z drugiej pełne nienawiści i ignorancji, będących według autora główną wojny przyczyną. Ostatni reportaż to już wspomnienie z innego świata - w ciemną noc, przy ognisku w Ghanie Kapuściński wspomina swój kraj, by na sam koniec stwierdzić: Opowiedzieć jeden rok mojego kraju, wszystko jedno który, rok 1957, powiedzmy, tylko jeden miesiąc tego roku, weźmy lipiec, tylko jeden dzień, choćby szósty. Nie sposób. A jednak ten dzień, miesiąc i rok istnieje w nas, musi istnieć, przecież wtedy byliśmy, szliśmy ulicą, kopaliśmy węgiel, cięliśmy las, szliśmy ulicą, jak opisać jedną ulicę w jednym mieście (może być Kraków), tak aby odczuli jej ruch, jej klimat, jej trwanie i zmienność, jej zapach i szum, tak żeby ją wiedzieli.



Oczywiście rekomendować i polecać reportaży Kapuścińskiego nikomu nie trzeba. O tym, że są świetnie napisane, przenikliwe i mądre, wie chyba każdy. A jeśli wcześniej tego nie wiedział, to teraz już wie:) Ja się natomiast cieszę, że to dopiero początek mojej przygody z tym reporterem i już ostrzę zęby na  kwietniową lekturę Cesarza.


sobota, 3 marca 2012

Smutne biblioteki

Jak prawie każdy mól książkowy mam zwyczaj zaznaczania i wypisywania cytatów z moich lektur. Zazwyczaj notuję je w moim sekretnym kajeciku i czytam w chwilach zwątpienia:), ale tym razem postanowiłam jednak podzielić się fragmentem Badań terenowych nad ukraińskim seksem Oksany Zabużko, który opisuje wizytę w bibliotece. Po pierwsze - pasuje do moich niedawnych blogowych narzekań, po drugie - dobrze oddaje styl w jakim pisze Zbużko. Oto on:

(...) pole identycznych szarych nagrobków, i chociaż wiadomo, że pod każdym czai się nieboszczyk, gotowy na pierwsze wezwanie przybrać żywą cielesną postać i wyskoczyć na powierzchnię, to już ta astronomiczna liczba niweczy sens wyboru kogoś konkretnego: cóż, ilu z nich zdoła człowiek za swego życia wskrzesić i ilu w taki sposób wskrzeszonych-przeczytanych coś dla niego będzie znaczyć?

Porównywanie książek do nagrobków jest smutne, ale jest w nim coś prawdziwego, zwłaszcza w przypadku wielkich, publicznych bibliotek. Ile doskonałych utworów ulega zapomnieniu, ile zakurzonych tomów zalega tam na półkach. Biblioteki są trochę jak sierocińce. Książki, które miały szczęście zamieszkać w prywatnych kolekcjach, mają lepsze życie: są doceniane, regularnie przeglądane, wspominane i stanowią najpiękniejszą ozdobę domu. 




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...