środa, 15 sierpnia 2012

Ulica Literacka


Niewielka uliczka na starówce w Wilnie, najbardziej znana z tego, że mieszkał na niej Adam Mickiewicz, ukrywa prawdziwą niespodziankę. W 2008 r. zwykła, szara ściana została ozdobiona małymi dziełami sztuki. Każde z nich poświęcone jest innemu pisarzowi. Niestety, nie znam większości upamiętnionych na tam autorów, ale idea całkowicie mnie zachwyciła.



Dla zainteresowanych - link do strony internetowej projektu: http://www.literatugatve.lt/


Nr 65 - Czesław Miłosz


Tuż obok znajduje się dom Adama Mickiewicza i niezwykły salon tatuażu:




niedziela, 12 sierpnia 2012

1001 sposobów na odnalezienie szczęścia


Gretchen Rubin
Długo stałam w księgarni i zastanawiałam się nad kupnem Projektu szczęście autorstwa Gretchen Rubin. Zazwyczaj nie czytuję takich książek, a jeśli już po nie sięgnę, bardzo tego żałuję. Kusiła mnie jednak prześliczna zielono-kremowa okładka oraz zamieszczona na niej informacja o autorce, wedle której, zaczynała ona swoją karierę jako prawnik, by przekwalifikować się na pisarkę. Poczułam jedność dusz, bo choć pisarką zostać raczej nie zamierzam, to już zawód prawnika niezmiernie mnie nudzi. Kupiłam więc Projekt szczęście, wstydząc się sama przed sobą.

Projekt... stanowi skrzyżowanie poradnika o tym jak lepiej funkcjonować, z relacją z jednego roku życia autorki i jej rodziny. Podzielony jest na dwanaście rozdziałów, z których każdy opisuje kolejny miesiąc, w którym Rubin zmaga się ze swoimi słabościami,  - próbuje jeść zdrowiej, więcej ćwiczyć, być lepszą matką, lepszą żoną, lepszą przyjaciółką, Pollyanną... Eksperyment wspierają intelektualnie mądre głowy z całego świata (Arystoteles), święci (św. Teresa z Lisieux), politycy i postacie historyczne (Benjamin Franklin) oraz niezmierzona masa współczesnych i dawnych psychologów, filozofów i autorów popularnych poradników. Rubin dodatkowo tworzy tabelę postanowień, spisuje wszystkie możliwe truizmy, które przyszły jej do głowy i z zapałem zabiera się do nowego projektu, starając się odpowiedzieć na pytanie: jak sprawić, by i tak już niemalże perfekcyjne życie (cudowna, kochająca się rodzina, praca, będąca jednocześnie pasją, pieniądze) uczynić jeszcze lepszym. Dzięki Bogu wiemy, że pani Rubin nie jest pustą Amerykanką, bo co kilkadziesiąt stron dzieli się z czytelnikami swoimi wątpliwościami, odnośnie tego, że skoro chorzy na depresję i dzieci w Afryce mają gorzej, to jak ona może taki swój projekt prowadzić...

A teraz uwaga! Mimo wyrażonych powyżej dość ironicznych uwag:), przyznaję, że książka mnie wciągnęła. Przyznaję też, że zainspirowała mnie do pewnych niewielkich zmian w życiu. Przyznaję, że dzięki niej poznałam kilku wartych przeczytania autorów. Przyznaję, że bardzo zainteresowała mnie postać św. Teresy z Lisieux. Choć faktycznie w książce jest dużo truizmów i banałów, a momentami jest przerażająco naiwna, to jednak niesie pozytywny przekaz i dużo dobrej energii. Uczy prostej prawdy, że nasze szczęście zależy od nas samych. Nakazuje cieszyć się życiem oraz odmawia nam prawa do chowania się za murem, tak modnych dzisiaj ironii i dystansu:) Dlatego też mój wewnętrzny defetysta, walczy zaciekle z tą częścią mojej duszy, która łaknie pozytywów, choćby nie wiem jak trywialne by one nie były.

Jeśli więc ktoś potrzebuje lekkiej, inspirującej lektury - polecam. Jednak na koniec muszę wszystkich ostrzec! Podczas czytania tej książki wcale nie poczułam się szczęśliwsza! Przeciwnie, zaczęły męczyć mnie myśli o tym co chciałabym zmienić, a od ciągłego zastanawiania się nad osiągnięciem pełni szczęścia wszystkie moje zmartwienia i stresy zaczęły krążyć mi nad głową. I na koniec doszłam do wniosku, że szczęśliwi ludzie o szczęściu nie myślą:)

wtorek, 7 sierpnia 2012

Wiara w ludzkość odradza się w tramwaju:)

Sytuacja nr 1
W tramwaju: siedzę i czytam. Wchodzi starsza pani. Niechętnie rozglądam się dookoła - nikt z pasażerów nie wstaje. Chcę ustąpić miejsca. W odpowiedzi słyszę - Ależ nie! Pani sobie czyta. W pierwszej chwili myślę, że starsza pani ze mnie kpi, więc zachęcającym tonem ponawiam propozycję. Nadal napotykam czynny opór. Nie udaje mi się przekonać pani, żeby usiadła, a uwierzcie mi - naprawdę próbowałam.

Sytuacja nr 2
Jadę dzisiaj tramwajem. Widzę wolne miejsce. Siadam. Szczęśliwa wyciągam książkę. Na następnym przystanku wsiada kuśtykająca staruszka. Wzdycham i ustępuję miejsca. Ponieważ są godziny szczytu i tramwaj jest maksymalnie zatłoczony, szukam miejsca, by chociaż swobodnie się oprzeć i pogrążyć w lekturze, cały czas naiwnie trzymając książkę w dłoniach. Wszystkie słupy i ściany są zajęte. Stoję więc smętnie. Nagle z siedzenia obok wstaje może trzynastoletnia dziewczynka i mówi: Proszę, niech pani sobie usiądzie. Włosy stają mi dęba na głowie! Czy aż tak się roztyłam, że ludzie myślą, że jestem w ciąży?! Przerażona odmawiam i słyszę: Ale pani przecież chciała czytać...

czwartek, 2 sierpnia 2012

Japonia okiem biologa



Krzysztof Schmidt, Nozomi Nakanishi
Iriomote. Wyspa dzikich kotów Krzysztofa Schmidta opisuje podróż badawczą autora na japońską wyspę Iriomote, leżącą na archipelagu Riukiu. Wyspa jest mała, słabo zaludniona i generalnie dość nudna. Największą atrakcją są hucznie obchodzone festiwale i święta ludowe. Poza tym Iriomote zamieszkuje ponoć niezwykły - ciężko mi ocenić jak bardzo niezwykły, bo jestem prawnikiem, a nie biologiem - gatunek dzikiego kota i to właśnie w celu zbadania tego gatunku autor pojawił się na wyspie. Cieszyłam się - lubię koty, lubię przyrodę, lubię zapomniane zakątki świata, lubię Japonię. Myślałam, że będzie co najmniej ciekawie. Myliłam się.

Przede wszystkim Iriomote... jest nudna! Autor skupia się na odławianiu i śledzeniu kotów i zamiast dzielić się ciekawostkami z ich życia, zaś największe emocje budzą w nim nieustannie psujące się nadajniki. Schmidt opisuje tak dokładnie przebieg badań, wychodząc zapewne z błędnego założenia, że to co u niego wywołuje dreszczyk emocji, będzie równie podniecające dla przeciętnego czytelnika... Owszem, książka ma tzw. momenty, jak niezwykły opis rozmnażania się drzew figowca (który tak mnie zafascynował, że zna go już cała moja rodzina), ale giną one w nawale nudziarstwa. Mocną stroną mogłyby być opisy regionalnych świąt obchodzonych przez mieszkańców archipelagu Riukiu, ale niestety brakuje w nich głębi i analizy - bazują tylko na tym co autor sam zaobserwował i jeśli coś było dla niego niezrozumiałe, to takim pozostało już na zawsze. Razi też niezbyt wprawny język (który jeszcze mogę wybaczyć - autor jest naukowcem, nie zawodowym pisarzem) oraz bardzo subiektywne spojrzenie na świat Schmidta. Zdjęcia zamieszczone na końcu książki są przeciętne.

Podsumowując: polecam osobom, które są zainteresowane techniczną stroną obserwacji dzikich zwierząt. 


Morris też ma dziką duszę. Tylko nie lubi jej ujawniać:) 

niedziela, 29 lipca 2012

Nie samą książką człowiek żyje


Nareszcie nadszedł ten cudowny czas, kiedy chociaż w weekendy i popołudnia mam okazję poczuć wakacyjną atmosferę. Ostatni tydzień był absolutnym hitem pogodowym, a za trzy dni biorę w pracy kilka dni urlopu i jedziemy z Ukochanym do Wilna. No i zaczęły się w piątek Igrzyska Olimpijskie! Żyć nie umierać! Dlatego nie miałam czasu czytać tyle co zazwyczaj, nie wspominając już o pisaniu recenzji. Cóż...życie jest sztuką wyboru:)








piątek, 6 lipca 2012

Historia uczucia idiotki i związkofoba, czyli totalny upadek ideałów

Jean-Noel Liaut
Karen Blixen. Afrykańska Odyseja opisuje najważniejszy okres życia autorki Pożegnania z Afryką. Kilkanaście lat, które pisarka spędziła w Afryce, obfitowały w ból, chorobę (Blixen cierpiała na syfilis), zdrady i porażki, będąc zarazem czasem wielkiej miłości, wielkich wzruszeń i kształtowania się osobowości autorki. Nie dziwi więc, że Jean-Noel Liaut (francuski pisarz, dziennikarz i tłumacz) postanowił skupić się właśnie na afrykańskim etapie losów autorki.
Opowieść o życiu Karen Blixen nie pochłonęła mnie totalnie. Zapewne częściową winę ponosi sam charakter biografii (niestety zazwyczaj z góry wiadomo, co się stanie;p), bo Afrykańska Odyseja napisana została w sposób poprawny, wprowadzony został przejrzysty podział na rozdziały, które opisują konkretny etap życia, bądź relację bohaterki. Bardzo estetyczna i ładna szata graficzna książki sprawiała, że proces czytania był bardzo... elegancki (nie wiem jak to logicznie wytłumaczyć, ale po prostu tę książkę czytało się elegancko). Brakowało mi natomiast większej ilości zdjęć, gdyż na każdy rozdział przypadała tylko fotografia tytułowa. 

Pisząc Afrykańską Odyseję Liaut skupił się przede wszystkim na związku Blixen i jej największej miłości - Denisa Finch Hattona. No i cóż... Moim zdaniem stworzył ich obraz niezbyt atrakcyjnym. Nie wiem, czy taki był cel autora, ale odebrałam Karen, jako pozbawioną kontaktu z rzeczywistością, egzaltowaną, egoistyczną idiotkę, Denisa zaś jako snobistycznego dupka, typowego związkofoba, wykorzystującego kobiety. Dziecinni, niedojrzali, wywyższający się. Niestety książka Liauta (a czytałam ją ponad miesiąc temu!) wywołała we mnie niezatartą niechęć do Blixen i Hattona. Zapewne mój odbiór biografii jest bardzo indywidualny, ponieważ autor opisuje również pozytywne cechy i zachowania pisarki i jej wieloletniego kochanka. Afrykańska Odyseja zniszczyła jednak romantyczną wizję wielkiej miłości jaka łączyła tę parę, pozostawiając wrażenie jakże typowego zauroczenia kobiety, która wkłada w wybranego mężczyznę wszystkie wyśnione cechy. Mężczyzna zaś wykorzystuje sytuację najlepiej jak tylko może. W każdy razie cieszę się, że książki Blixen przeczytałam wiele lat temu, bo teraz podczas lektury mogłabym tylko myśleć o tym, jaką głupotą było inwestowanie z uporem maniaka w jakże drogą plantację kawy, bez biznesplanu, znajomości tematu i zapasowych środków finansowych...

Książka nieco wyprowadziła mnie z równowagi. Nerwy zostały częściowo zrekompensowane niezwykle przyjemnymi okolicznościami przyrody, w jakich miałam okazję ją czytać. 

czwartek, 5 lipca 2012

Lato w Gutowie:)

Małgorzata Gutowska-Adamczyk
Pisząc szczerze, myślałam, że Cukiernia pod Amorem. Zajezierscy to będzie maksymalna porażka, dno i badziewie, które rzucę w kąt po dwudziestu stronach. Ta słodka nazwa, ta jeszcze słodsza okładka, która zachęca hasłami: Silne kobiety. Wielkie namiętności. Rodzinne tajemnice... Właściwie nie wiem dlaczego zaczęłam ją czytać. Długo leżała w grupie książek skazanych na wieczne zapomnienie, aż tu nagle, niespodziewanie dla samej siebie, dałam jej szansę. Nie żałuję:)
Cukiernia pod amorem. Zajezierscy stanowi pierwszą część sagi rodzinnej opisujące losy kolejnych pokoleń Zajezierskich, Cieślaków i Hryciów. Akcja toczy się równolegle w XX i XIX wieku. Największą  siłą książki zdecydowanie jest atmosfera. Prowincjonalne miasteczko, w którym czas biegnie tempem kolejnych pracowitych dni spędzanych na pieczeniu jagodzianek. Dworki szlacheckie, pałac hrabiego, powstanie styczniowe, zakazana namiętność chłopki i hrabiego. Czego w tej książce nie ma! Muszę jednak wyraźnie podkreślić: czytając Cukiernię... ani przez chwile nie czułam nadmiaru wrażeń. Autorka dobrała idealne proporcje literackich składników i podała nam przepyszną powieściową jagodziankę: słodką, ale z charakterem, z orzeźwiającymi jagodami i pachnącym, krzepiącym ciastem. Niezwykły klimat książki uzupełnia wciągająca fabuła, dobry styl i ładny język.  Zupełnie osobistą i subiektywną przyjemność sprawiło mi to, że akcja wydarzeń rozgrywających się w XX wieku toczy się latem. Dzięki temu poczułam się jak na prawdziwych wakacjach, których przyznaję, nieco mi teraz brakuje, zwłaszcza, kiedy siedzę zamknięta w biurze lub wracam do domu przepoconym, obrzydliwym tramwajem.
Standardowo już marudząc,wytykam Cukierni pod amorem pewne drobne niespójności logiczne (nie pamiętam o co dokładnie chodziło, ale wiem, że się zirytowałam) oraz przebijający tu i ówdzie styl powieści przygodowej dla młodzieży (oddaję sprawiedliwość - raczej Szatan z siódmej klasy, niż Zmierzch). Ostatnie nie dziwi tym bardziej, że Gutowska-Adamczyk przed opublikowaniem Cukierni... była znana, jako autorka powieści dla dzieci. Poza tymi minusami pełen zachwyt, radość i smak lata:)


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...